Hiszpańskie przygody “Janusza i Grażyny”

Hiszpańskie przygody “Janusza i Grażyny”

Miało być cudnie. Romantycznie, bez dzieci, bez pospiechu i napięcia. Taki krótki wypad tylko we dwoje. Trochę dla resetu głowy i ciała, trochę dla przypomnienia sobie sensu małżeństwa. W planach były wycieczki, zwiedzanie, kawki i obiadki w urokliwych miejscach …. Tak to sobie zaplanowała Grażyna.  Janusz, choć na co dzień nie noszący białych skarpetek w pakiecie z sandałami, podchodził do tego nieco sceptycznie. Cieszyła go wizja spędzenia urlopu tylko we dwoje, ale miał sporo obaw. Chyba nie wierzył w umiejętności organizacyjne żony. W końcu to był ich pierwszy samodzielny wypad za granice, który sami sobie zorganizowali. Hiszpańskie przygody “Janusza i Grażyny” dziś wydają się śmieszne, ale wtedy do śmiechu im nie było. Jesteście ciekawi co im się przydarzyło ?

Na szczęście lot samolotem, którego Janusz nie znosi okazał się całkiem przyjemny, przynajmniej w pierwszą stronę. Podróż powrotna była dla niego już nieco bardziej stresująca i kosztowała go więcej nerwów, za sprawą samolotu, który startował przed nimi i z niewyjaśnionych przyczyn w momencie startu i tuż przed uniesieniem dziobu nagle zaczął gwałtownie hamować i wrócił na lotnisko zostawiając swoich pasażerów. Unoszący się dym sprawił, że Janusz chciał zostać w Gironie na zawsze, lub wracać innym środkiem transportu. Bo właśnie z tym mieli najwięcej stresujących przygód.

A dokładniej z samochodem, który wypożyczyli pierwszy raz w życiu. 🙂 Pierwszy poranek na Katalońskiej ziemi rozpoczął się miło od śniadania z widokiem i  ciekawą perspektywą spędzenia reszty dnia. W końcu zaplanowane mieli wycieczki objazdowe. Wsiedli do samochodu, wyznaczyli trasę i ruszyli po przygodę swojego życia. Po kilkunastu minutach jazdy wjechali na autostradę. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że przejechali przez niewłaściwą bramkę nie pobierając biletu. Ale spokojnie, Janusz i Grażyna aż taki gapami nie byli. Podjechali do pierwszej bramki a tam brak możliwości pobrania biletu, bramka druga nieczynna, ale w trzeciej szlaban otwarty a samochody które stały za nimi w lekkim już korku pokazywały światłami, że mają jechać. No to jadą ….w momencie przekroczenia na drugą stronę usłyszeli tylko dziwny dźwięk, brzmiący trochę jak sygnał alarmowy. Ale nic, jadą dalej bo możliwości powrotu już nie ma. Mija 25 kilometrów kiedy trzeba z autostrady zjechać, ale pojawia się pytanie : jak? Przecież nie mają biletu. Stanęli na poboczu, wymieniając nie tylko sugestywne spojrzenia i gesty, ale również słowa, z których dzisiaj w domu się śmieją. Gdzie zadzwonić? Co zrobić? Z pomocą przybyła policja, która zjawiła się zupełnie przypadkowo i to nie dlatego, że stali już tam zbyt długo, ale mieli wezwanie do jakiegoś zakładu, który znajdował się zaraz za zjazdem. Janusz wychodzi twardo z auta, idzie im naprzeciw, bo liczy, że znajomość jego angielskiego dorówna Panom policjantom. Oczywiście dorównała, bo żaden z nich nie mówił więcej niż on, czyli niewiele i w stylu “Kali Kochać, Kali Lubieć”. Wrócił do Grażyny z wiedzą jak się stąd wydostać. Podjechali do pierwszej z 5 bramek, nacisnęli przycisk info, aby po chwili usłyszeć hiszpański męski głos i coś w stylu: Ke Pasa? Janusz pyta: Du ju spik ingklisz? W odpowiedzi słysząc: oł noł, only lityl . Ale Polak potrafi na migi, zna wszystkie języki  świata, więc Janusz działa, opowiada, gestykuluje i na końcu płaci 5 euro aby opuścić autostradę. 

Jakoś się udało, ale dzień zaczął się nerwowo. Grażyna planując wycieczkę nie doczytała, że na niektórych autostradach w Katalonii działa system elektronicznego poboru myta o nazwie Via T, który oparty jest na zasadzie mikrofali, a w samochodzie niezbędne jest zainstalowanie małego urządzenia pokładowego VIA-T Box, które pozwala na automatyczne rozliczenia opłat drogowych. Stąd właśnie otwarty był szlaban na bramce, którą przejechali. 

Hiszpańskie przygody “Janusza i Grażyny” tak naprawdę dopiero się zaczęły. Po całym dniu zwiedzania, wrócili wieczorem do mieszkania. Grażyna spragniona polskiej herbaty poszła wstawić wodę w czajniku. I w tym właśnie momencie nastała totalna ciemnia. Grażyna nie jest taka głupia i domyśla się, że wyskoczyły korki, ale gdzie? Wiecie jak to jest …kiedy jedzie się na wakacje, raczej nikt nie myśli o tego typu rzeczach, a jednak chyba warto. No cóż…wzięli się ostro za szukanie, mając do dyspozycji jedynie latarki w telefonach i 5 małych świeczek z kuchni. Janusz się nawet pofatygował i przeszukał całą klatkę schodową. Grażyna znalazła po dłuższej chwili jakąś skrzynkę wbudowaną w ścianę pod sufitem nad łazienką, uratowała sytuację, aby dzień pełen wrażeń dobrze się skończył.

Na dzień drugi zaplanowane mieli jakieś 120-150 km tras do przejechania, aby zobaczyć swoje wcześniej wyszukane cele. Miasto Begur nie dość, że bardzo urokliwe, obfituje również w piękne plaże, zapierające dech w piersiach widoki oraz wąskie kręte drogi, które dały im się we znaki. Domyślacie się już co się stało? Jak często zdarza Wam się przebić oponę w samochodzie? Im się niestety zdarzyło w Hiszpanii. Trzeba mieć szczęście prawda? Janusz z Grażyną wzięli głęboki wdech, zachowali zimna krew i dojechali do najbliższej stacji benzynowej. Oczywiście w samochodzie koła zapasowego brak. Pozostało im dzwonić na assistance i na poważnie uwierzyć w swoje możliwości językowe. Pani na stacji niestety nie mówiła w języku angielskim nic, zupełnie jak oni po hiszpańsku, z wyjątkiem kilku prostych słów. W oczekiwaniu na pomoc drogową wymieniali tylko  uśmiechy i spojrzenia. Ale gdybyście widzieli Janusza…jaki spokojny i opanowany. Załatwił sprawę po męsku i po prawie 3 godzinach dumny z siebie pojechał dalej. Okazało się, że w oponie był kilkucentymetrowy kawałek klucza, na który musieli wjechać. 

Hiszpańskie przygody “Janusza i Grażyny”

 

Aby nieco poskromić los, który wyjątkowo dobrze ofiarowywał im przygody, kolejnego dnia postanowili zostać na miejscu i nie ruszać samochodu. Wyszło im to na dobre…Dlaczego ? O tym będzie kolejny post 🙂

Wiecie czego ta podróż ich nauczyła? Przede wszystkim tego, że niemożliwe nie istnieje, a wszystko w co nie wierzymy dzieje się w naszej głowie.  Był strach i momenty zwątpienia, ale nie ma przecież sytuacji bez wyjścia. Ich przykład pokazuje, że nie wolno się bać. Trzeba się zmierzyć ze swoimi marzeniami, aby później już na zimno mieć nie tylko fajne wspomnienia, ale również wyciągnąć wnioski z tego co przyniósł los. Dla nich była to niezapomniana przygoda, która w żaden sposób nie zraziła ich do dalszego samodzielnego podróżowania. Ba, sprawiła nawet, że chcą więcej i już bez pomocy biur podróży. 

 

Hiszpańskie przygody “Janusza i Grażyny”

 

 

by Magda Korzeniowska



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *